11.07.2018 10:42 2 Marcin Gienieczko

Marcin Gienieczko: relacja z wyprawy

Źródło: archiwum prywatne

Od dziecka Marcin Gienieczko był amatorem sportu, dziś jest zawodowym pływakiem na canoe. Na swoim koncie ma między innymi przepłynięcie Amazonii czy Yukon River Quest w Kanadzie. Zamieszczamy jego relację z ostatniej wyprawy.

Od 7. roku życia uprawiam sport. Od 15 lat pływam na canoe. Mam swój styl w eksploracji. W 2013 r. startowałem w wyścigu Yukon River Quest, ale z powodu choroby nie zrealizowałem tego wyścigu. To był atak kamicy nerkowej. Później było przepłynięcie Amazonii w canoe na dystansie 5980 km, którego dokonałem jako pierwszy człowiek na świecie. Nikt do tej pory nie przepłynął systemu rzecznego Amazonki na takim dystansie w canoe. Zdobyłem tytuł World Record Guinness, na który mogę się powoływać do tej pory.

Zarzuty pewnych osób ze środowiska spowodowały zamęt w ocenie tego wyczynu. Jednak dalej robiłem swoje. Postanowiłem, że zrobię ostatnią wielką wyprawę – trawers Antarktydy. Jednak w trakcie organizacji projektu na Biegun Południowy, postanowiłem wyczyścić wszystko w mojej głowie. Dokonać tego, co nie dokończone. Rok temu przeszedłem w poprzek góry Mackenzie, pokonałem dystans 1000 km w obie strony. W jedną stronę szedłem 600 km samotnie, w drugą – z partnerem z Kanady.

trasa wyprawy

Kiedy zjawiłem się w stolicy Jukon Terytorium, odwiedziłem zaprzyjaźnionych Kanadyjczyków, którzy prowadzą firmę w Kanoe People. Znamy się od 2003 roku, kiedy to przepłynąłem samotnie Jukon na dystansie 3100 km od Benet Lake do Morza Beringa. Zajęło mi wówczas to 76 dni. Rozmawialiśmy o tamtej wyprawie. Patrząc na regatowe canoe wsiadłem do niego i w ciągu 3 minut wiedziałem, że muszę jeszcze coś zrobić na canoe. Wyprawy rzeczne w ogóle już mnie nie interesują. Po przepłynięciu Amazonki, jestem zaspokojony ambicjonalnie. Dla mnie liczą się tylko projekty sportowe. Scott z firmy Canoe People powiedział - zawalcz na wyścigach... i postanowiłem wystartować w najbardziej prestiżowym wyścigu – YRQ, czyli 715 km najdzikszą rzeką Kanady.

Pracowałem na statku, zarabiając na ten wyścig, wszystko analizowałem, dostałem zielone światło od najbliższego otoczenia, że mi pomoże. 8 stycznia 2018 roku postanowiłem, że skupię się tylko i wyłącznie na wyścigu, po każdym kontrakcie jechałem do Belgii, do mojego mentora Francisco, najlepszego specjalisty w pływaniu na canoe.

Jednak nie czułem tej łódki od początku. Nie było mocy, chemii. Ja od 16 lat pływam na canoe tradycyjnym. Takie prawdziwe dla mnie canoe jest bez steru. See 1 jest co prawda dopuszczone w kategorii solo jako canoe, ale dla mnie to bardziej kajak. Trenowałem w miarę możliwości na tym modelu, bo tylko Belg Francis posiada go w Europie. Jednak na Yukonie szybko zweryfikowałem własne możliwości. Kiedy wsiadłem do tego canoe podczas pierwszych treningów, już pierwszego dnia się wywróciłem. Wysuszyłem się i popłynąłem 20 km w dół Jukonu od Whitehorse. Łódka była rzeczywiście szybka, ale to jednak nie to, o co mi chodziło.

Przyjechalem do Whitehorse i organizatrzy YRQ zaproponowali mi canoe Cliper jensen 18. To łódka szybsza od modelu ekspedycyjnego, którym pływam przez ostatnie 16 lat -prędkość szybsza o 20%. Zadecydowałem, że w YRQ popłynę własnie tym modelem. Zdawałem sobie sprawę, że od samego początku mam nierówne szanse. Aby łódka płynęła szybko i stabilnie, musiałem ją dobrze zabalastować - wstawiłem na przod canoe około 70 litrów wody, dzięki czemu dziób kanoe nie podskakiwał na fali. Wystartowałem 27 lipca. Organizatorzy i znawcy canoe dawali mi 40% szansy na przepłynięcie do pierwszego punktu. Zdążyłem... Przypłynąłem około 1:25 czasu miejscowego. Jak się okazało, łódka dwuosobowa regatowa była tylko o 15 procent szybsza od ekspedycyjnego modelu Mad River, którym przepłynąłem Amazonkę na dystansie 5980 km.

Pierwszy dystans, czyli 95 km pokonałem (płynąc przez jezioro długości 50 km) w ciągu 13,5 godziny. W trakcie płynięcia złamało mi się wiosło. Początkowa moja prędkość na jeziorze, to 4,5 h, gdyż zmienił się wiatr i miałem mocny wiatr z północy. W połowie wyścigu wiedziałem, że mogę nawet go nie ukończyć, tutaj szanse były bardzo nierówne. Wyścig solo dwuosobową łódka, to tak, jakby Jelczem lub Kamazem ścigać sie na Dakarze w klasie WRC, lub jak to powiedział mój trener z Belgii – to tak jakby na rowerze górskim ścigać się w Tour de France. Walczyłem jednak dalej. Przepłynięcie Jeziora Labarge zakończyłem na 30 minut przed czasem.

Byłem totalnie wyziębiony, musiałem się przebrać, wypić gorący rosół, założyć czołówkę i w nocy popłynąłem w dół Jukonu...

Przeszedłem ostatecznie na wiosło drewniane.W okolicach dopływu rzeki Big Salmon River płynąłem w dryfie i był to czas, kiedy mogłem naprawić moje uszkodzone wiosło. Ale niestety straciłem około 36 minut... zaczęła się walka z czasem. Od rzeki Małego Łososia zastanawiałem się, czy dotrę do kolejnego punktu. Do Carmaks przypłynąłem o godzinie 19:55, 20 minut przed wykluczeniem z wyścigu. W 2013 roku przepłynąłem dystans 320 km non stop bez spania w 29 godzin. Teraz zajęło mi to prawie 30 godzin. Jak dotąd nikt nie pokonał tego dystansu na dwuosobowym canoe w trakcie 20 -letniego już wyścigu. W Carmaks zamiast wypoczywać 7 h, regeneracja zajęła mi 8,5 h. W kolejnym etapie przepłynąłem bystrza Five Finger Rapids, bystrza klasy 3 a, później rzeka biegnie szybciej, więc nabrałem większej prędkości. Moje wiosło ponownie się przetarło, więc przeszedłem na drewniane wiosło. Dodatkową trudnością był fakt, że w poszczególnych etapach był źle poprowadzony track. W trakcie ścigania profesjonalnego mało kto czyta z mapy. W ściganiu liczy się czas. Dopłynąłem do kolejnego check point - Coffee Creek i tam ludzie, którzy mierzą czas, nie mogli się nadziwić, co ja mam w tym canoe. Powiedziałem, że 70 litrów wody jako balast. Nie mogli uwierzyć, że to prawda. Co ciekawsze, na tym dystansie wyprzedziłem dwuosobowy zespół z Estonii, który płynął w kajaku oraz kajakarza z Niemiec i tandem canoe. Od Coffee Creek płynąłem zawzięcie, bo mój trak pokazywał wkrótce metę. Okazało się, że pomyłkowo mój kartograf wstawił nazwę kolejnego check pointa, jako metę. Sądziłem, że jestem już blisko celu, po czym dostaję informację na nadajnik inReach od mojego zespołu Henryka Gienieczko i Adama Wasilewskiego, że jestem 70 km do Dawson, 5,5 godziny płynięcia do mety. To był dla mnie krytyczny moment, byłem już bardzo zmęczony, spałem tylko godzinę, wiosłowałem niemal non stop. Z bezsilności, wyczerpania wydawało mi się, ze miałem halucynacje, wykrzykiwałem imiona moich synów, to dawało mi siłę. Ostatecznie dopłynąłem w czasie: 67:55:27

Reasumując, ten wyścig był dla mnie ważny, ale i ostatni w moim życiu w kategorii solo. Musiałem to zrobić, aby udowodnić nie sobie, ale innym, Tym, którzy próbowali mnie zniszczyć tylko dlatego, że wypowiedziałem się wyraziście o poszczególnych ludziach ze środowiska podróżniczego w Polsce. Próbowano mnie zastraszać na różne sposoby, czy to pisząc artykuły w gazetach, czy to wystosowując apele do Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Zawsze moja sprawa była przedstawiana w mediach bardzo jednostronnie, bez szans na obronę. W sporcie, jak i w życiu człowiek broni się czynami. Najbardziej zabolało mnie stwierdzenie, jakie znalazło się w raporcie kajakarza Andrzeja Piętowskiego. Kajakarz z USA, Piotr Chmieliński stwierdził w nim, że „są jakieś nieścisłości w spływie Gienieczki, bo system satelitarnej nawigacji wskazuje, iż Marcin pokonuje w niektóre dni niezwykle długie odcinki rzeki”.

To niemożliwe! – mówił Piotr. – Ja tam przecież byłem! Nikt nie jest tam w stanie przepłynąć ponad 100 km w ciągu jednego dnia – kontynuował.

Skoro mogę przepłynąć 320 km w ciągu 30 godzin, pokonując burzliwe jezioro pod wiatr z północy dwuosobową kanadyjką z 70-litrowym balalstem, to chyba jednak jest to możliwe?

Jestem fighterem, walczę do końca i to jest też odpowiedź na pytanie, które padło na początku tej relacji.

Warto też dodać, że Ukajali i bieg rzeki Jukon od Whitehorse jest bardzo podobny. Nawet powiedziałbym, że Jukon od Whitehorse jest wolniejszy od Ukajaki w kilku miejscach.

W pseudo raporcie kajakarza Andrzeja Piętowskiego padł kolejny zarzut:

„Zachodziliśmy w głowę, jakie mogłyby być przyczyny tego gwałtownego przyspieszenia? Silny prąd wody? Nie, nie o tej porze roku..”

Odpowiedź jest prosta – ktoś jest lepszy po prostu, szybszy, sprawniejszy, mocniejszy itp.

A jeżeli to nieprawda, to zapraszam do kolejnego ścigania się. Za 3 tygodnie biorę udział w jeszcze poważniejszym i dłuższym wyścigu, bo liczącym 1600 km. Na Jukonie, to nieoficjalne mistrzostwa świata na canoe. Nie ma większego wyścigu. I cel jest jeden – zostać najlepszym na świecie. Nie ukończyć, nie zająć III miejsce, ale wygrać – i to ogłaszam otwarcie.

Ten wyścig, YRQ jest odpowiedzią i ta korespondencja. Oczywiście, tam gdzie ludzie, tam i zawiść, i różnego rodzaju gry, całkowicie niezrozumiałe dla wielu ludzi. Ale w życiu wygra ten, kto utrzyma kurs do końca, czy to szkwał, burza czy wiatr z Północy.

Korzystając z okazji, pragnę podziękować Polskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, który wsparł mnie w trudnych chwilach i poddał kłamliwej propagandzie. Dziękuję Panie Prezesie.

Jednocześnie zapraszam wszystkich do śledzenia najbliższych poczynań i przygotowań. Niebawem wyścig YUKON 1000.

Będzie to totalnie ekstremalne wyzwanie. Różnica między Yukon River Quest, a Yukon 1000 jest taka, że płyną tam tylko zawodowcy. Tacy jak, np. kajakarz z Nowej Zelandii, który pokonuje dystans przepłynięcia Jukonu 715 km w 45 gdzin.

Moją konkurencją są żołnierze jednostki SAS, kajakarze z USA, Alaski, Kanady, Nowej Zelandii, rekordziści World Record Guinness, zwyciezcy wioślarskich zmagań Whisky Challenge przez Atlantyk. Tam nikt przypadkowy nie płynie. Zostają fanatycy, profesjonaliści, którzy chcą pokazać, ile mają do powiedzenia.

Moja łódka i team nazywa się Independent STS Poland. Tak naprawdę dla mnie, tam zacznie się prawdziwy wyścig.

Zapraszam wszystkich do kibicowania – przyjaciół, wrogów, sojuszników oraz najbliższych, przy których mogę głośno myśleć. Na 100-lecie Niepodległości Polski nie wyszły projekty – Zdobycie K2, nie wyszedł projekt żeglarski Polska 100, Jacek Pałkiewicz zrezygnował z wyprawy samochodowej szlakiem Marco Polo, a polscy piłkarze ponieśli klęskę na Mundialu. To może mi się uda?

Pamiętam, jak prowadziłem korespondencję mailową z Januszem Janowskim z festiwalu Kolosy. Wówczas napisał:

"Bardzo dobry pomysł z tym udziałem w wyścigu canoe.

W ten sposób może Pan rozwiać wątpliwość osób, które skali Pana wyczynów nie mogą dopasować do Pana potencjalnych możliwości fizycznych. Ciągle bardziej wygląda Pan na dziennikarza niż na ekstremalnego podróżnika :)

Proszę im udowodnić, że pozory mylą."

Wyścig YRQ to potwierdził. Dla mnie to mało. Moj cel jest jeden – być najlepszym, wygrać, a w najgorszym wypadku zająć II miejsce m wyścigu Yukon 1000.

To prawdziwa przygoda i wyzwanie dla uczestnika obchodów 100- lecia Niepodległości naszego kraju. Będziemy walczyć.

Independent STS Poland is Coming!


Czytaj również:

Najlepsza letnia impreza w mieście
Trwa Wczytywanie...