03.09.2019 13:03 3 NW

Stefan Wenta – tanecznym krokiem przeżył już 90 lat

Fot. Damian Klechowicz/TTM

Stefan Wenta – baletmistrz, urodzony w Gdańsku, lecz mocno związany także z Wejherowem. W latach 50. opuścił Polskę, wyjeżdżając do Paryża. Na stałe osiedlił się w Los Angeles, gdzie po latach otworzył szkołę baletową Wenta Ballet of Los Angeles. W tym roku obchodzi swoje 90. urodziny i z tej okazji przyleciał do Polski, by w Mechelinkach świętować w gronie najbliższych.

Stefan Wenta urodził w Gdańsku-Wrzeszczu. Gdy miał 18 lat, poszedł na pierwsze lekcje baletu. I choć wiek ten jak na rozpoczęcie nauki tańca zdaje się zbyt późny, to jubilat podkreśla, że w życiu talent to tylko pewien element, jaki jest potrzebny do osiągnięcia sukcesu. Najważniejsze są praca, determinacja oraz pasja do tego, co się robi. Swoim bogatym życiorysem udowadnia, że rzeczywiście ciężką pracą można osiągnąć prawie wszystko. Są tacy, którzy powiedzą – szczęściarz. Jednak baletmistrz zdecydowanie zaprzecza tym słowom.

Nie uważam się za szczęściarza. Sądzę, że wszystko, co osiągnąłem, zawdzięczam swojemu zdecydowaniu. Zawsze sam podejmowałem decyzję, kim będę, miałem silną wolę i robiłem to, co chciałem. Ponadto we wszystko wkładałem nacisk perfekcji. Nigdy nie liczyłem na szczęście – komentuje Stanisław Wenta.

Baletmistrz, choć urodzony w Gdańsku, jest związany także z Wejherowem, które w czasach młodości odwiedzał. Jak wspomina, każdego roku przyjeżdżał do swojej ciotki, która zamieszkiwała Wejherowo.

To miejsce ma niemal tak duże znaczenie jak Gdańsk, w którym się urodziłem – mówi Stefan Wenta.

Z miejsc w Polsce najlepiej wspomina wszystkie lata spędzone w Operze Warszawskiej, kiedy występował na deskach sceny. Swój debiut baletowy miał natomiast w Gdańsku. Wystawiono wtedy „Wesele Kaszubskie”, w którym Wenta tańczył świadka pana młodego, prowadzącego całą zabawę.

Z kraju mężczyzna wyjechał pod koniec lat 50. Jak twierdzi, Polakiem najbardziej czuje się w Los Angeles, ponieważ bycie Polakiem w Polsce jest naturalne, przychodzi z pewną łatwością i oczywistością. Sztuką, jak się okazuje, jest utożsamianie się ze swoją ojczyzną, będąc na drugim końcu świata, co Stefanowi Wencie, jak mówi, się udaje.

Fot. Damian Klechowicz/TTM

Sobotnie spotkanie w Mechelinkach było okazją do świętowania 90. urodzin w gronie rodziny. Takie wydarzenia przychylne są wspominkom i refleksjom, których nie zabrakło i tym razem. Członek rodziny, Maksymilian Mrozke, opowiadał o tym, jakie m.in. lekcje życia otrzymali od wujka.

Wujek przede wszystkim uczył nas pewnej etykiety zachowania w towarzystwie. Gdy wyjeżdżał z Polski pod koniec lat 50., bywał w różnych miejscach i z różnymi ludźmi się spotykał. Zawsze zwracał uwagę, ile należy nalewać alkoholu, w jaki sposób się ubrać, jak i gdzie usiąść, kto najpierw powinien mówić. Są to rzeczy, z którymi my teraz nie mamy zbytnio do czynienia, bo nie zwracamy na nie tak uwagi, jak robiło się to dawniej. Wyjeżdżając, wujek zachował także ten przedwojenny sposób mówienia. My dziś mówimy zupełnie inaczej, mamy dużo uproszczeń, skrótów myślowych. Jak wspominamy z kuzynami wujka, to trochę prześmiewczo go cytujemy: „To niemalże najpiękniejsze miejsce w jakim byłem”, „No, to wyjątkowa, naprawdę wyjątkowa kobieta, przepięknej urody” – komentuje Maksymilian Mrozke.

Jak podkreślał jeszcze M. Mrozke, Stefan Wenta jest mężczyzną niebywale oczytanym. W swoim domu, w Stanach Zjednoczonych, ma ogromną liczbę książek, i jak twierdzi, jest posiadaczem największej prywatnej biblioteki w Los Angeles. Interesuje się on bowiem wieloma tematami, nie tylko sztuką.

Przylatując tu w kolejnych latach, zawsze stwierdza, że tak intelektualnie sprawny jak jest teraz nigdy wcześniej nie był – wspomina

W przyszłym roku pan Stefan planuje wydać książkę, której akcja dzieje się w latach 60. Jedna z postaci, choć napisana w trzeciej osobie, jest bardzo autobiograficzna.

Ona wiąże się bardzo z moją karierą – od mojego wyjazdu z Polski, przez pobyt w Paryżu, aż do wyjazd do Stanów – podsumowuje Stefan Wenta.


Czytaj również:

Trwa Wczytywanie...